18 października 2017

Pięć książek, które musisz przeczytać tej jesieni.

Mam dla Was coś fajnego, coś co doceni każdy miłośnik dobrej lektury. Mowa tu o książkach, które ostatnio urzekły mnie swoim przekazem. Jedne bardziej, inne mniej, ale z pewnością warto się z nimi zapoznać. W tym miejscu zgromadziłam różne gatunki literackie, które wyszły spod pióra pięciu autorów. Przedstawiają one kilka absolutnie odmiennych od siebie opowieści, które stanowią top 5 książek, które musisz przeczytać tej jesieni.


1. Remigiusz Mróz "Behawiorysta"

"Behawiorysta" to połączenie thillera z powieścią kryminalną na miarę Hollywoodu.

Opowiada ona o szaleńcu, który zorganizował "koncert krwi". Zaczyna od przedszkola, w którym barykaduje się z dziećmi i wychowawcami. Nadając transmisje na żywo w internecie nakazuje widzom wybierać, kogo ma zabić. Koncert krwi trwa, zmieniają się jedynie miejsca i ofiary psychopaty, a każda decyzja, którą zmuszony jest podjąć widz będzie tragiczna w skutki.

Do pościgu za zwyrodnialcem zostaje ściągnięty Gerard Elding, który jak się dowiadujemy z książki stracił posadę prokuratora generalnego, a mówiąc dobitniej został on dyscyplinarnie wydalony ze służby. Dlaczego Gerard ma teraz szukać tego potwora w ludzkiej skórze? Dlatego, że jest specjalistą od behawioryzmu, nikt tak jak on nie potrafi czytać mowy ciała. Dotychczas rozwiązał każdą sprawę, ale czy tym razem mu się uda? Czy przerwie ten krwawy koncert, w którym ofiarami są także dzieci?


"Behawiorysta" to niesamowita, ale też mrożąca krew w żyłach pozycja, która nie pozwalała mi spać po nocach. Strony tej książki przewracały się same, a historia, którą przedstawił w niej autor dobitnie trafia do czytelnika, wywołując fale różnych emocji od smutku, przerażenia, do ciekawości i takiego pragnienia zemsty za losy ofiar szaleńca. Szok jaki towarzyszył mi podczas egzekucji jego ofiar był tak przejmujący, że starałam się przeczytać tą powieść jak najszybciej, by dowiedzieć się, czy kompozytor dostał za swoje. Zakończenie jest jednak bardzo zaskakujące.

Dawno żadna książka nie zaangażowała mnie tak emocjonalnie jak właśnie ta pozycja Mroza. Oprócz wyżej wymienionych przeze mnie czynników książka jest wartościowa z tego względu, że można poznać dzięki niej podstawy czytania mowy ciała na konkretnych przykładach. Niestety odbywa się to podczas krwawego show Kompozytora.

Czy warto? TAK, jeśli lubisz książki, w których akcja zaczyna się od pierwszego rozdziału i trzyma w napięciu do końca.

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 488
Oprawa: miękka
Cena detaliczna: 36,90zł

2. B.A. Paris " Za zamkniętymi drzwiami"

Można by powiedzieć, że książka jak każda inna. Niespodziewane spotkanie, zauroczenie i miłość, która prowadzi do ołtarza. Romans? W żadnym wypadku. Tak dobrego thillera psychologicznego dawno nie było.

Grace jest uroczą, młoda dziewczyną z talentem malarskim. Opiekuje się młodszą siostrą Millie, która choruje na Zespól Downa. I choć Millie mieszka na razie w szkole z internatem, a Grace pracuje, to mimo to zostają jeszcze weekendy, w które stara się poświęcać siostrze jak najwięcej uwagi. Pewnego dnia, podczas spaceru w parku spotykają Jacka - przystojnego, szarmanckiego  wpływowego adwokata, specjalizującego się w sprawach broniących praw ofiar przemocy domowej. Niczym rycerz na białym koniu wymierza sprawiedliwość i wygrywa każdą sprawę. Marzenie każdej kobiety. Nic dziwnego, że Grace również ulega wpływowi Jacka i szybo się w nim zakochuje. Równie szybki jest ślub i przeprowadzka do okazałego domu adwokata, w którym po ukończeniu 18 roku życia ma zamieszkać również Millie. Grace poświęca wszystko - pracę, przyjaciół i własną niezależność, by stać się perfekcyjną żoną u boku Jacka, który daje jej wszystko. Do czasu. Bańka zaczyna pryskać już podczas podróży poślubnej, by później obrócić w proch wszystkie miłe wspomnienia, które wydarzyły się podczas ich narzeczeństwa. Jack pokazuje swoje prawdziwe oblicze i rzeczywiste zamiary, życie Millie jest zagrożone, a Grace w potrzasku, bo nikt nie wie co się dzieje za zamkniętymi drzwiami...

 

Ta debiutancka powieść ma charakter dwutorowy. Fabuła przeplata się z wydarzeniami, które dzieją się "teraz" i tymi, które miały miejsce "kiedyś"stanowiącymi wspomnienia Grace. Dają one niezwykłe tło, dzięki nim można się dowiedzieć w jaki sposób doszło do późniejszych wydarzeń. Mowa jest w niej o poświęceniu kobiety w imię miłości, o tym jak duży wpływ ma przebieg dzieciństwa na dorosłe życie, o umiejętności maskowania swojego prawdziwego ja. Książka wciąga jak trójkąt bermudzki i długo nie daje o sobie zapomnieć.

Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 303
Oprawa: miękka
Cena detaliczna: 32,90zł

3. Aprilynne Pike "Ocalona"
"Ocalona" To powieść z elementami fantastyki, która wciągnie Cię do swego świata jak żadna inna.

Główną bohaterką książki jest 18-letnia Tavia, która cudem ocalała jako jedyna z katastrofy lotniczej. Nie ma rodzeństwa, więc kiedy giną jej rodzice, przeprowadza się do swojego wujowstwa. Ukrywa się przed mediami, które zainteresowane są jej historią, chodzi na terapię i rehabilitację, by móc odzyskać całkowitą sprawność zarówno fizyczną jak i umysłową. Śmierć najbliższych jest bowiem trudna do zaakceptowania. Oparciem dla niej jest jej przyjaciel Benson, do którego zaczyna żywić silniejsze uczucia. Wszystko się komplikuje, kiedy Tavia spotyka tajemniczego chłopaka widmo, który pojawia się w różnych momentach i znika jakby go nie było. Nastolatka czuje się zdezorientowana, ale nie czuję się zagrożona w towarzystwie Quinna, ma przeświadczenie jakby go znała. Wybucha epidemia śmiercionośnej choroby, dziewczynie ujawniają się paranormalne zdolności, a ona sama zaczyna odkrywać prawdę o... sobie. Jej życiu zagraża poważne niebezpieczeństwo, bo wróg nie przestanie jej ścigać dopóki jej nie zniszczy. Czy Tavia zdoła się uratować? Jaką prawdę o sobie poznała? Kim jest tajemniczy chłopak i ludzie, którzy pragną jej śmierci?


Choć rzadko sięgam po fantastykę, to jednak lubię sobie czasem zrobić przerwę od mojego ulubionego gatunku i sięgnąć po coś innego. Ta pozycja mnie nie zawiodła. W książce ciągle coś się dzieje. Wartka akcja skłaniała do jak najszybszego jej przeczytania. Postaci są dobrze wykreowane, a lekkie pióro autorki zachęca do zarwania nocy przy tej lekturze. W 2015 roku ukazał się drugi tom "Ocalonej". Na pewno nie przepuszczę okazji do poznania jak potoczy się dalej ta zadziwiająca historia.

Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 328
Okładka: miękka
Cena detaliczna: 29.90zł

4. Louise O'Neill " Sama się prosiła"

"Sama się prosiła" to książka, która powinna być lekturą obowiązkową w liceum.

Opowiada ona historię Emmy - najpopularniejszej uczennicy w szkole z mocno rozdmuchanym ego. Uważa się ona za najlepszą, najpiękniejszą nastolatkę, a podziw jaki wzbudza wśród koleżanek i kolegów, tylko utwierdza ją w tym przekonaniu. Wszystko zmienia się podczas jednej ferelnej imprezy, po której nic już nie będzie takie same. Dotychczas otoczona wianuszkiem przyjaciół Emma zostaje sama jak palec. Dodatkowo na facebooku pojawiają się jej zdjęcia, których nigdy nie zapomni. Co się wydarzyło na tej imprezie? Jakie zdjęcia  zostały opublikowane w mediach społecznościowych? Czy Emma będzie mogła kiedykolwiek już normalnie żyć?


"Sama się prosiła" to książka poruszająca trudny temat szkolnego życia na świeczniku, jego jakże bolesny upadek, brodzenie w odmętach własnych błędów i wiadra pomyji wylanych na nią przez znajomych. Autorka opowiada jedną sytuację, przez którą całe dotychczasowe życie Emmy runęło w gruzach i ona sama nie widzi już na nim teraz miejsca. Dobrze zarysowana została mentalność nastolatków, pobudki jakimi się kierują, używki, chęć zaimponowania, siła mediów społecznościowych, gwałt i bezkarność oprawców. Cały czas dziwię się, że żyjemy w takim świecie, w którym kłusy strój czy alkohol stają się przyzwoleniem do wymuszenia sexu (?!), a całą winą obarcza się ofiarę,a nie sprawców tego okropnego zajścia.

Co do samej konstrukcji książki - fabuła zaczęła się dosyć późno, na początku nieco mi się dłużyła, by później się rozkręcić. Temat bardzo ciekawy, z życia wzięty. Tak jak napisałam już w pierwszym zdaniu - ta książka powinna być wciągnięta na listę lektur obowiązkowych w liceum lub w 8 klasie szkoły podstawowej. Powinna być szczegółowa omówiona z nastolatkami, by poznając tą okropną historię mogły wyciągnąć odpowiednie wnioski. Zakończenie jest otwarte, co jednym może pasować a innym nie. Mnie osobiście brakowało jakiegoś konkretnego podsumowania ostatnich wydarzeń.

Wydawnictwo: Feria Young
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 342
Oprawa: miękka
Cena detaliczna: 34,90zł

5. Randy Susan Meyers " Wypadki małżeńskie"
"Wypadki małżeńskie" to książka życiowa, poruszająca temat przemocy emocjonalnej w rodzinie.

Poznajemy w niej perypetie Bena i Maddy - małżeństwa z 15-letnim stażem i trójką dzieci. Maddy jest pracownikiem socjalnym, ale tak naprawdę pracuje na dwa etaty, bo cały dom jest także na jej głowie. Próżno można oczekiwać pomocy od męża, który po pracy chce tylko odpocząć i oczekuje, że wszystko wokół niego będzie zrobione. Ben ma wybuchowy charakter i z byle powodu wpada w gniew uprzykrzając tym samym życie swojej rodziny. Nigdy nie wiadomo w jakim humorze wstanie rano, czy wróci z pracy, a może w ciągu dnia znowu wymyśli jakiś powód do wszczęcia awantury. Maddy choć zaczyna brać antydepresanty, kocha męża i nie jest w stanie od niego odejść. Cały czas pamięta ich miłe chwile, a Ben czasami potrafi być jeszcze ujmujący. Pewnego dnia kiedy małżeństwo jedzie samochodem, Ben wpada w gniew, traci panowanie nad kierownicą i bohaterowie ulegają wypadkowi. Jest to moment przełomowy w życiu całej rodziny. Mady zapada w śpiączkę i zaczyna się walka o jej zdrowie. Czy Maddy wyzdrowieje? Jak sobie poradzi Ben z nową sytuacją? Czy wypadek jest pierwszym krokiem do zmian jakie zajdą w tej rodzinie? Czy coś się zmieni?


O przemocy emocjonalnej się nie mówi, jej nie widać, mimo, że ukrywana w czterech ścianach domu mocno zarysowuje psychikę. Randy Susan Mayers w mistrzowski sposób przedstawia sylwetki bohaterów, z którymi szybko można się utożsamić. Autorka pokazuje także jakie skutki niesie ze sobą gwałtowny charakter i przemoc emocjonalna. Jest to też historia o zrozumieniu, poszukiwaniu własnego ja. Przeczytamy w niej także o chorobie, walce o zdrowie i poszukiwaniu własnej godności. Jest to historia, która toczy się w zakamarkach niejednego domu, a autorka jako nieliczna odważyła się ją opowiedzieć.

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 527
Oprawa: miękka
Cena detaliczna: 39,90zł


Każda z przedstawionych przeze mnie wyżej książek warta jest uwagi i powinna się znaleźć na liście wyzwań zapalonego czytelnika. Długie jesienne wieczory tworzą idealne warunki do zatopienia się w ciekawej książce. Nie pozostaje więc mi nic innego niż życzyć Wam przyjemnej lektury.
Czytaj dalej »

3 października 2017

Intensywnie regenerująca maseczka Biovax - mój hit września

Czy tylko mi tak szybko czas ucieka przez palce? Wrzesień minął nie wiadomo kiedy, a dziś witam się z Wami nowym październikowym postem. Opowiem Wam o masce do włosów, którą z przyjemnością używałam przez ostatni miesiąc. Już wiecie, opinia będzie pozytywna, bo czepiać się tak naprawdę nie mam czego. W roli głównej intensywnie regenerująca maseczka do włosów ze skłonnością do wypadania Biovax L'biotica.


Moje włosy po porodzie stały się nie do zniesienia, słabe, łamliwe i wypadające garściami. Właśnie dlatego wspomagam się suplementacją, unikam prostownic, suszarek i lokówek, a także dopieszczam je odpowiednimi kosmetykami. Miesiąc wrzesień ewidentnie należy do Biovaxu. Maseczkę zaczęłam stosować po przeanalizowaniu niejednej opinii na jej temat. Zaciekawiona udałam się do sklepu i niemalże od razu wylądowała na moich włosach. Systematyczność to słowo kluczowe w tej recenzji. Bez niej chyba nic by się nie udało.

Pojemność intensywnie regenerującej maseczki jest duża. Trudno było mi zużyć te 250ml produktu, bo nie jestem posiadaczką długich i gęstych włosów. Na moje trzy kłaki wystarczyła niewielka ilość, by osiągnąć świetne efekty. Maseczka nie zawiera parabenów, sls i sles, co bardzo mi się podobało. Im mniej chemii, tym lepiej.

Kosmetyk ma kremową konsystencję, dobrze się go rozprowadza na włosach. Pachnie delikatnie taką hm.. świeżością. Nie wiem czy dobrze widać to na zdjęciu, ale ma lekko zielonkawy kolor, takie delikatne awokado.


Intensywnie regenerującą maseczkę Biovax nakładałam na umytę, wilgotne włosy na całej długości, a także na skórę głowy. Owijałam włosy ręcznikiem i czekałam ok 15 minut, po czym spłukiwałam ją ciepłą wodą. Pierwsze plusy są widoczne już podczas rozczesywania włosów - nie ma z tym absolutnie żadnych problemów. Włosy nie są splątane, a czesanie ich, to czysta przyjemność. Na dalsze efekty trzeba było poczekać do wyschnięcia czupryny, ale warto było. Tak lśniące, lejące, miękkie i puszyste włosy to istna utopia, aż chce się ich dotykać.

Maseczka dodaje objętości, co dla mnie było wybawieniem, ale domyślam się, że osoby z naturalnie bujną czupryną mogą widzieć w tym problem. Ja byłam zachwycona. Co do wypadania włosów - nie zauważyłam znaczącej poprawy, ale ja należę do gatunków odpornych na wszelkie zabiegi. Może kiedyś znajdzie się coś lub ktoś, kto mi pomoże z tym problemem. Mimo to jestem bardzo zadowolona z działania tego kosmetyku i serdecznie polecam.

Cena: ok 30 zł
Czytaj dalej »

26 września 2017

Kosmetyki z apteki w codziennej pielęgnacji twarzy i biustu

Kosmetyki z apteki są coraz częściej wybierane przez konsumentów i choć popyt na nie wzrasta, to istnieją marki, o których wciąż mało się słyszy. Jedną z nich jest Cera+. Nie widziałam wcześniej żadnej reklamy w telewizji, na próżno szukałam też różnych wzmianek w gazetach na temat tych kosmetyków. Postanowiłam wcielić się w rolę odkrywcy i dziś przedstawię Wam swoją opinię o trzech produktach, które wybrałam sobie z całego dostępnego w mojej aptece asortymentu tej marki.


Wybierając kosmetyki postawiłam przede wszystkim na pielęgnację twarzy i linię Cera+ antyaging, przeznaczoną dla osób, które skończyły 30 lat. W aptece znalazłam krem na dzień, oraz krem pod oczy z tej serii. Wiem, że jest jeszcze krem na noc i żałuję ogromnie, ale go nie spotkałam. Trzeci kosmetyk pochodzi z linii Ciało+ solutions i jest nim ujędrniający krem do pielęgnacji biustu. Po długotrwałym stosowaniu mam jednego głównego faworyta, który swym działaniem wybił się na prowadzenie w moim osobistym rankingu kosmetyków tej marki.


Krem na dzień 30+ Cera+ Antiaging

Krem na dzień 30+ przeznaczony jest dla osób, których skóra cechuję się obniżoną jędrnością i elastycznością, pojawiają się na niej pierwsze zmarszczki i oznaki zmęczenia, o co w dzisiejszych czasach nie trudno. Opakowanie ma standardową pojemność 50ml i mimo codziennej pielęgnacji starcza ono na długo.


Krem na dzień jest lekki i bezzapachowy. Mimo, że komponenty zapachowe są widoczne gdzieś tam na końcu składu, to dla mnie osobiście jest on absolutnie nie wyczuwalny. Będzie sobie świetnie radził nawet z wrażliwą skórą. Moja, w przypadku zbyt agresywnego składu lubi się buntować, ale tutaj nie miało to miejsca.

Kosmetyk zawiera filtr SPF15 i dobrze sprawdzi się o każdej porze roku, a zwłaszcza od jesieni do wiosny. Latem zalecam mocniejszą ochronę przeciwsłoneczną. Dzięki swej lekkiej konsystencji krem jest bardzo wydajny.


Krem na dzień dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Pozostawia po sobie jednak lekką warstwę. Jest to zapewne spowodowane obecnością oleju arganowego w składzie. Nie powoduje to jednak problemów przy wykonywaniu makijażu. Cera była nawilżona i odżywiona, jednak kosmetyk ten nie wpłynął w żaden sposób na poprawę wyglądu zmarszczek mimicznych.

W zależności od apteki cena oscyluję od 10 do nawet 20zł

Krem pod oczy 30+ Cera+ Antiaging

Kolejnym produktem, który dopasowałam sobie do pary jest krem pod oczy 30+ z tej samej lini przeciwzmarszczkowej co krem do twarzy. Podobnie jak wcześniej opisywany przeze mnie kosmetyk, również i ten zawiera olej arganowy i kwas hialuronowy. Jest lekki i jak w przypadku kremu do twarzy konsystencja mi odpowiadała, tak tutaj czułam się zawiedziona. Zdecydowanie bardziej lubię bogatsze konsystencję kremów pod oczy.


Mimo 15 ml pojemności krem jest nie do zdarcia. Starczył mi na ok 2 miesiące regularnego stosowania. Efekt jaki odczułam po tym okresie to delikatne nawilżenie okolicy oczu, bez efektu wow. Dla mnie nawilżenie było niewystarczające, dlatego więcej tego kremu nie kupię.

Cena: ok 16, 20zł

Ujędrniający krem do pielęgnacji biustu Ciało+ solutions

Na koniec zostawiłam najlepszy ze wszystkich opisywanych dzisiaj przeze mnie kosmetyków tej marki. Ujędrniający krem do pielęgnacji biustu pochodzi z linii Ciało + solutions i jak nie trudno się domyśleć w jej skład wchodzą kosmetyki do pielęgnacji ciała.

 W 100ml opakowaniu mieści się magia, serio. W skład tego kremu wchodzi m.in kolagen, witamina E i hialuronian sodu. Ma on gęstą i treściwą konsystencję i jest to dobry chwyt, gdyż krem trzeba wmasowywać w skórę. Mimo tego nie ma problemu z jego wchłanianiem i po chwili można się ubrać. Zużywając całe opakowanie zauważyłam znaczącą poprawę kondycji skóry biustu i dekoltu. Przede wszystkim była ona dobrze nawilżona, a także odżywiona. Zdecydowanie polepszyła się także jej elastyczność. Dzięki codziennym masażom poprawiła się także jej jędrność. Krem do pielęgnacji skóry biustu działa kompleksowo i choć nie spodziewałam się po nim cudów, to jednak mile mnie zaskoczył.

Cena: ok 22,50zł


Z całej trójki pokazanych przeze mnie kosmetyków tej aptecznej marki zdecydowanie na prowadzenie wspiął się ujędrniający krem do pielęgnacji biustu. Po długotrwałym stosowaniu widać było realne efekty. Co do kosmetyków do twarzy nie wzbudziły one we mnie większego zachwytu. Krem do twarzy był ok, ale ten pod oczy to już nie moja bajka. 


Czytaj dalej »

18 września 2017

Łeba okiem turysty. Najlepsze miejsca, najlepsze i najtańsze jedzenie, noclegi, atrakcje i ceny.

Od dwóch tygodni wakacje są już tylko wspomnieniem, ale czas urlopowy nadal trwa. Podczas gdy jedni wrócili już do szkoły i pracy, inni właśnie pakują walizki. Jestem ciekawa, do której z tych grup się zaliczacie? Jeśli do tej drugiej, to może wpadniecie nad polskie morze? A jeśli jesteście już po wczasach, to być może moje rady przydadzą się Wam w planowaniu urlopu w przyszłym roku. Dziś bowiem wracam do początku sierpnia i opowiem Wam o tym, co takiego odkryłam w Łebie.


Wakacje jak co roku są dla nas bardzo pracowitym czasem, na brak obowiązków nigdy nie możemy narzekać, a niedoczas staje się nieuleczalną chorobą. Tak to wygląda. Jednak mimo napiętego jak struna grafiku udało nam się wyrwać na kilka dni nad Bałtyk. Tym razem na cel naszej podróży wybraliśmy Łebę. Już w zeszłym roku obiecaliśmy sobie, że będziemy odwiedzać inne nadmorskie miejscowości, niż tylko Mielno, do którego jeździliśmy z sentymentu. Jak zawsze wybraliśmy się tam na totalnym spontanie. Bez rezerwacji noclegu, bez wywiadu, czy jakiegokolwiek obeznania w atrakcjach. Oprócz wydm nie mieliśmy rozeznania co tam można zobaczyć. Każdy wyjazd jest więc jedną wielką przygodą.


Pierwsze co uderzyło w oczy po przyjeździe to wielkość miasta. Zdecydowanie jest to o wiele większa miejscowość od dobrze znanego nam Mielna. Początkowo nie wiedzieliśmy jak się po nim poruszać. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy szukać wolnego pokoju w jakimś atrakcyjnym miejscu. W ciągu godziny znaleźliśmy idealną miejscówkę na ul. Nadmorskiej, od której najbliżej jest przejście do morza. Lepiej nie mogliśmy trafić - główna ulica, pokój z balkonem, pod nami i po drugiej stronie ulicy całodobowe delikatesy i oczywiście mnóstwo sklepów i atrakcji dla dzieci. Wymieniłam delikatesy na pierwszym miejscu, dlatego, że po świeże bułki nie trzeba było daleko chodzić. Koszt pokoju za osobę to 50zł. Opłata klimatyczna za 5 dni wyniosła nas ok 40 zł. Samochód mogliśmy zostawić na podwórku właścicielki domu, dzięki czemu opłaty za (wszędzie stojące) parkometry nas ominęły.


W Łebie znajduje się całe mnóstwo atrakcji dla dzieci, począwszy od straganów, bujaków, automatów, wszelkiej maści małpich gajów, a także dwóch dużych wesołych miasteczek. Dzieci mogły wziąć udział także w wakacyjnym kursie nauki jazdy na elektrycznych samochodzikach, poruszając się na placu z namalowanymi ulicami, rondem, znakami, oraz sygnalizacją świetlną. Na mojej córce największe wrażenie zrobiła chyba ogromna ślizgawka (robiona na wzór skoczni narciarskiej), którą pokazywałam Wam na instastories. Zjechałam na niej tylko raz, bo z moim lękiem wysokości, już podczas wchodzenia nogi się pode mną uginały. Po ulicach ciężko się chodziło, bo oczywiście każda jedna atrakcja musiała być zaliczona, a stragan obejrzany. Radość w oczach dziecka - bezcenna.


Fantastycznym miejscem w Łebie jest Scena Kulturalna. Codziennie odbywały się tam przeróżne eventy, jak np koncerty gwiazd, występ kabaretów. Dla każdego coś fajnego. Ludzie tłumnie na nie przybywali. Kino 7D i 9D to kolejne miejsca, do których warto się udać. Niesamowite wrażenia.


Muzeum Bursztynu znajdujące się na ul Nadmorskiej było pierwszym miejscem, do którego się wybraliśmy. Można tam wejść tylko i wyłącznie z przewodnikiem, a koszt biletu dla osoby dorosłej wynosi 15 zł, dla dziecka 12zł. Znajdują się w nim cztery sale. Pierwsza z nich to las bursztynowy, jednak bursztynów tam nie znajdziecie, tylko posłuchacie o ich ewolucji. W drugiej sali przedstawiającej epokę lodowcową również nie nacieszycie oka tym kruszcem, za to trzecia i czwarta sala wynagrodzą Wam  to w 100%. W trzecim pomieszczeniu znajduje się wiele cudownych bursztynów. Są one niezwykłe z tego względu, gdyż zatopione są w nich w sposób naturalny owady. Całą ściana cudów natury uwiecznionych w małych bursztynowych bryłkach. Można tam też zobaczyć jak wygląda nieoszlifowany, naturalny bursztyn, (co dla ,mnie było totalnym zaskoczeniem, gdyż wyglądem przypomina on zwykły kamień), a także poznać ich kolory. Czwarta sala, to już artyzm w czystej postaci i to dosłownie. Znajdują się w niej przepiękne rzeźby i obrazy. Czy warto tam iść? U nas wygrała czysta ciekawość, ale drugi raz już bym tam nie poszła. Czas zdobywać inne miejsca.




Ciekawym miejscem na mapie Łeby jest deptak. Bardzo lubiliśmy spędzać tam czas, gdyż tętni on życiem do późnego wieczora. Wielokrotnie podziwialiśmy tam lokalnych artystów. Jest tam dużo przestrzeni, kwiaty, ławeczki, na których można sobie chwilę odpocząć, a  także wiele punktów gastronomicznych, oraz sklepików z pamiątkami. Znajduje się tam także Aleja Prezydentów Polski, po której spacer okazał się również ciekawą lekcją historyczną dla dziecka.


Podczas pobytu w Łebie odwiedziliśmy również Oceanarium. Tutaj bilety były drogie - normalne kosztowały 25 zł, a ulgowe 19zł. Kiedy idzie się tam z całą rodziną, to można to odczuć po kieszeni. Oceanarium ma niewielką powierzchnię, ale znajduje się tam wiele gatunków ciekawych ryb. Spotkać tam można małego rekina, piranie, arawanę, kraby, płaszczki...Osobiście trochę się zawiodłam. Z zewnątrz cały kompleks wydawał się być większy, a tymczasem wszystko można było obejść w siedem minut.





Łeba Park, czyli największy w Polsce park dinozaurów zachwycił nas na całego. Nie będę się tu dużo rozpisywać, bo akurat to miejsce zasłużyło na osobny post (na pewno umieszczę link do niego również i w tym wpisie). Tyyyle jest do opowiedzenia. Bilety drogie, ale absolutnie warte swojej ceny - normalny: 59 zł, ulgowy: 45 zł.


Muzeum Motyli, to kolejne miejsce, do którego się udaliśmy. Mieści się ono przy ul. Wojska Polskiego 5. Byłam nim oczarowana. Znajduje się tam ok 3.500 tys. motyli, oraz innych owadów, takich jak pająki, żuki, modliszki i wiele innych... są tam również gabloty z ciekawostkami na temat niektórych gatunków. Niesamowite jest to, że kolekcję tę stworzyła jedna osoba - co za pasja! Polecam serdecznie, zdecydowanie warto odwiedzić to miejsce. Bilet normalny kosztuje 12 zł, a ulgowy 10zł.






W ostatni dzień naszego pobytu wybraliśmy się także na wystawę z klocków lego. Dla fascynatów i dla dzieci, to niesamowite miejsce. Całą wystawa warta jest ok 200.000 zł, a najdroższe klocki o ile dobrze pamiętam kosztowały 4.000 euro i pochodziły z limitowanej kolekcji star wars. Całość składały 3 osoby przez 3 miesiące. Biorąc pod uwagę to, ile skomplikowanych i dużych budowli tam było, to muszę przyznać, ze jestem pod wrażeniem. Mnie by to pewnie zajęło 3 lata. Niektóre elementy wystawy są interaktywne - można samodzielnie wprawiać je w ruch. Tym sposobem uruchomimy kolejkę, karuzelę, wiatrak, mogliśmy zmienić się w operatora dźwigu, kierowcę ciężarówki i innych pojazdów. Zobaczyć tam można również 30 największych budowli w historii lego, a jeśli o historii mowa, to dzięki jednej z gablot przeniesiemy się w czasie, by przypomnieć sobie pierwsze klocki tej marki. Dodatkową atrakcją dla dzieci jest to, że mogą one tworzyć własne budowle, dzięki dostępnym na miejscu klockom. Również dla fanów gier znajdzie się coś ciekawego w postaci play station, oraz tabletów z zainstalowanymi legusiowymi grami. Cena normalnego biletu wynosi 12 zł, a ulgowego 8 zł. Warto skorzystać z biletów rodzinnych ( my za bilet 2+1 łaciliśmy28zł), oraz karnetów, w przypadku chęci powtórnego odwiedzenia wystawy podczas urlopu. Polecam.








Jeśli morze to i plaże, a te w Łebie są duże, czyste i strzeżone, z pięknym jasnym piaskiem. W ciągu pięciu dni pobytu, na plaży byliśmy 2 razy, na więcej pogoda nie pozwoliła.


A co z jedzeniem? No cóż, na brak lokali w Łebie nie ma co narzekać - jest ich całe mnóstwo i każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Jednak ceny.. no cóż to czysty biznes. Kiedy w jednej restauracji za dwa niewielkie posiłki i napoje zapłaciliśmy ponad 80zł, zrozumieliśmy, że musimy poszukać czegoś tańszego, bo lepiej te pieniądze wydać na własne przyjemności niż jedzenie. Tym sposobem znaleźliśmy Ambrozje. Lokal znajduje się przy ul Wojska Polskiego 21 i serwuje przepyszne domowe, dwudaniowe obiady. Za zupę i danie główne płaciliśmy 15zł na osobę, sama zupa kosztowała 3zł. Jednym daniem mogłyby się śmiało najeść dwie osoby - takie duże są porcje. Przykładem jest schabowy, który zajmuje cały talerz, do tego kopa ziemniaków i surówki. Dla niejadków też się coś znajdzie - pyszne naleśniki za 6zł, albo placki ziemniaczane 4zł. Kiedy poznałam to miejsce wcale mnie nie dziwiło, że są tam (w porze obiadowej) wieczne kolejki. Bardzo miła i szybka obsługa, pyszne jedzenie, niskie ceny - zdecydowanie warto.


W tym roku na wydmy nie dotarliśmy, zabrakło czasu. Podobnie było z  portem jachtowym, power parkiem, labiryntem 3D, muzeum erotyki, iluzjonelum, magicznymi lustrami, oraz fokarium, które znajduje się zaledwie kilka kilometrów za Łebą.

Łeba pozytywnie nas zaskoczyła. Po wcześniejszych obawach nie zostało ani śladu. Ciężko zobaczyć wszystko w ciągu pięciu dni, ale obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy.

ZOBACZ TAKŻE:
*Mielno
*Wrocław
*Warszawa
Odwiedź moje socjal media : instagram, facebook

Czytaj dalej »

18 lipca 2017

Hydrolat oczarowy jest zły...

Pamiętam te czasy, kiedy potrafiłam obejść się bez toniku czy też hydrolatu. Zresztą hydrolat był mi wtedy zupełnie obcy. Jednakże pierwszym moim kosmetykiem pielęgnacyjnym wiele lat temu był właśnie tonik – ogórkowy, o obłędnym świeżym zapachu z popularnej firmy katalogowej. Pamiętam, że wtedy byłam nim zachwycona. Później zaczęły się kremy, sera itp. I zapomniałam o tonikach, to był błąd, bo kiedy po latach sobie o nich przypomniałam, do dzisiaj nie wyobrażam sobie bez nich życia. Jakiś czas temu w moje ręce wpadł hydrolat oczarowy, który zaczęłam stosować w zastępstwie toniku. Już po pierwszym użyciu uznałam, że jest to złooo. Jednak czy dobrze zrobiłam?

Hydrolat Laboratorium Cosmeceuticum zamknięty jest w szklanym opakowaniu, przez co jest on dosyć ciężki. Jest on w formie spreyu prze co można go stosować bezpośrednio na twarz, można też spryskać wcześniej wacik i przecierać nim facjatę. Możliwości są takie, jakie uznamy za bardziej wygodne. Dla mnie druga opcja była odpowiedniejsza. Bo choć mgiełka rozpylana prze dozownik była delikatna, to jednak wg mnie namoczony wacik  był bardziej praktyczny.



Hydrolat ma bardzo specyficzny zapach, nie pachnie on perfumami i właściwie trudno go określić, ja potrzebowałam czasu, aby się do niego przyzwyczaić. Jego zadaniem było oczyszczenie i zamknięcie porów, co w czasie letnim, przy mieszanej cerze uznałam za priorytet. Nikt bowiem nie lubi się błyszczeć, a skoro wyciąg z oczaru wirginijskiego miał to zniwelować, to dlaczego by nie spróbować?



Po pierwszym użyciu czułam się rozczarowana. Moja twarz na moment od nałożenia stała się czerwona. Policzki były zaognione i nie wyglądało to ładnie. A takich cudów się nie spodziewałam.. Hydrolat zaczełam stosować normalnie, jak każdy inny kosmetyk i dopiero po zagłębieniu się w opis producenta zrozumiałam, że jestem posiadaczką cery wrażliwej. Jest to bowiem skoncentrowany specyfik, który na niektóre cery, w tym moja dobrze działa dopiero po jego rozcieńczeniu. Kiedy wiec zmieszałam go z wodą w proporcji 2-1, gdzie 2 stanowi hydrolat a 1 woda, to wszystko wróciło do normy. Cera nie była zaogniona a ukojona, Po miesiącu stosowania pory nieco zmniejszyły swój rozmiar, a czas bez puderniczki nieznacznie się wydłużył. Nie były to spektakularne efekty, ale jednak były.

Reansumując - hydrolat oczarowy jest zły kiedy nakładasz go w nieodpowiednich proporcjach na twarz. Kiedy już znajdziesz złoty środek może on być lekiem na cele zło, ale cudów po pierwszym użyciu się nie spodziewaj. Czas i wytrwałość to cnoty, z którymi musisz się bliżej zapoznać.

cena 19zł
Czytaj dalej »