18 września 2017

Łeba okiem turysty. Najlepsze miejsca, najlepsze i najtańsze jedzenie, noclegi, atrakcje i ceny.

Od dwóch tygodni wakacje są już tylko wspomnieniem, ale czas urlopowy nadal trwa. Podczas gdy jedni wrócili już do szkoły i pracy, inni właśnie pakują walizki. Jestem ciekawa, do której z tych grup się zaliczacie? Jeśli do tej drugiej, to może wpadniecie nad polskie morze? A jeśli jesteście już po wczasach, to być może moje rady przydadzą się Wam w planowaniu urlopu w przyszłym roku. Dziś bowiem wracam do początku sierpnia i opowiem Wam o tym, co takiego odkryłam w Łebie.


Wakacje jak co roku są dla nas bardzo pracowitym czasem, na brak obowiązków nigdy nie możemy narzekać, a niedoczas staje się nieuleczalną chorobą. Tak to wygląda. Jednak mimo napiętego jak struna grafiku udało nam się wyrwać na kilka dni nad Bałtyk. Tym razem na cel naszej podróży wybraliśmy Łebę. Już w zeszłym roku obiecaliśmy sobie, że będziemy odwiedzać inne nadmorskie miejscowości, niż tylko Mielno, do którego jeździliśmy z sentymentu. Jak zawsze wybraliśmy się tam na totalnym spontanie. Bez rezerwacji noclegu, bez wywiadu, czy jakiegokolwiek obeznania w atrakcjach. Oprócz wydm nie mieliśmy rozeznania co tam można zobaczyć. Każdy wyjazd jest więc jedną wielką przygodą.


Pierwsze co uderzyło w oczy po przyjeździe to wielkość miasta. Zdecydowanie jest to o wiele większa miejscowość od dobrze znanego nam Mielna. Początkowo nie wiedzieliśmy jak się po nim poruszać. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy szukać wolnego pokoju w jakimś atrakcyjnym miejscu. W ciągu godziny znaleźliśmy idealną miejscówkę na ul. Nadmorskiej, od której najbliżej jest przejście do morza. Lepiej nie mogliśmy trafić - główna ulica, pokój z balkonem, pod nami i po drugiej stronie ulicy całodobowe delikatesy i oczywiście mnóstwo sklepów i atrakcji dla dzieci. Wymieniłam delikatesy na pierwszym miejscu, dlatego, że po świeże bułki nie trzeba było daleko chodzić. Koszt pokoju za osobę to 50zł. Opłata klimatyczna za 5 dni wyniosła nas ok 40 zł. Samochód mogliśmy zostawić na podwórku właścicielki domu, dzięki czemu opłaty za (wszędzie stojące) parkometry nas ominęły.


W Łebie znajduje się całe mnóstwo atrakcji dla dzieci, począwszy od straganów, bujaków, automatów, wszelkiej maści małpich gajów, a także dwóch dużych wesołych miasteczek. Dzieci mogły wziąć udział także w wakacyjnym kursie nauki jazdy na elektrycznych samochodzikach, poruszając się na placu z namalowanymi ulicami, rondem, znakami, oraz sygnalizacją świetlną. Na mojej córce największe wrażenie zrobiła chyba ogromna ślizgawka (robiona na wzór skoczni narciarskiej), którą pokazywałam Wam na instastories. Zjechałam na niej tylko raz, bo z moim lękiem wysokości, już podczas wchodzenia nogi się pode mną uginały. Po ulicach ciężko się chodziło, bo oczywiście każda jedna atrakcja musiała być zaliczona, a stragan obejrzany. Radość w oczach dziecka - bezcenna.


Fantastycznym miejscem w Łebie jest Scena Kulturalna. Codziennie odbywały się tam przeróżne eventy, jak np koncerty gwiazd, występ kabaretów. Dla każdego coś fajnego. Ludzie tłumnie na nie przybywali. Kino 7D i 9D to kolejne miejsca, do których warto się udać. Niesamowite wrażenia.


Muzeum Bursztynu znajdujące się na ul Nadmorskiej było pierwszym miejscem, do którego się wybraliśmy. Można tam wejść tylko i wyłącznie z przewodnikiem, a koszt biletu dla osoby dorosłej wynosi 15 zł, dla dziecka 12zł. Znajdują się w nim cztery sale. Pierwsza z nich to las bursztynowy, jednak bursztynów tam nie znajdziecie, tylko posłuchacie o ich ewolucji. W drugiej sali przedstawiającej epokę lodowcową również nie nacieszycie oka tym kruszcem, za to trzecia i czwarta sala wynagrodzą Wam  to w 100%. W trzecim pomieszczeniu znajduje się wiele cudownych bursztynów. Są one niezwykłe z tego względu, gdyż zatopione są w nich w sposób naturalny owady. Całą ściana cudów natury uwiecznionych w małych bursztynowych bryłkach. Można tam też zobaczyć jak wygląda nieoszlifowany, naturalny bursztyn, (co dla ,mnie było totalnym zaskoczeniem, gdyż wyglądem przypomina on zwykły kamień), a także poznać ich kolory. Czwarta sala, to już artyzm w czystej postaci i to dosłownie. Znajdują się w niej przepiękne rzeźby i obrazy. Czy warto tam iść? U nas wygrała czysta ciekawość, ale drugi raz już bym tam nie poszła. Czas zdobywać inne miejsca.




Ciekawym miejscem na mapie Łeby jest deptak. Bardzo lubiliśmy spędzać tam czas, gdyż tętni on życiem do późnego wieczora. Wielokrotnie podziwialiśmy tam lokalnych artystów. Jest tam dużo przestrzeni, kwiaty, ławeczki, na których można sobie chwilę odpocząć, a  także wiele punktów gastronomicznych, oraz sklepików z pamiątkami. Znajduje się tam także Aleja Prezydentów Polski, po której spacer okazał się również ciekawą lekcją historyczną dla dziecka.


Podczas pobytu w Łebie odwiedziliśmy również Oceanarium. Tutaj bilety były drogie - normalne kosztowały 25 zł, a ulgowe 19zł. Kiedy idzie się tam z całą rodziną, to można to odczuć po kieszeni. Oceanarium ma niewielką powierzchnię, ale znajduje się tam wiele gatunków ciekawych ryb. Spotkać tam można małego rekina, piranie, arawanę, kraby, płaszczki...Osobiście trochę się zawiodłam. Z zewnątrz cały kompleks wydawał się być większy, a tymczasem wszystko można było obejść w siedem minut.





Łeba Park, czyli największy w Polsce park dinozaurów zachwycił nas na całego. Nie będę się tu dużo rozpisywać, bo akurat to miejsce zasłużyło na osobny post (na pewno umieszczę link do niego również i w tym wpisie). Tyyyle jest do opowiedzenia. Bilety drogie, ale absolutnie warte swojej ceny - normalny: 59 zł, ulgowy: 45 zł.


Muzeum Motyli, to kolejne miejsce, do którego się udaliśmy. Mieści się ono przy ul. Wojska Polskiego 5. Byłam nim oczarowana. Znajduje się tam ok 3.500 tys. motyli, oraz innych owadów, takich jak pająki, żuki, modliszki i wiele innych... są tam również gabloty z ciekawostkami na temat niektórych gatunków. Niesamowite jest to, że kolekcję tę stworzyła jedna osoba - co za pasja! Polecam serdecznie, zdecydowanie warto odwiedzić to miejsce. Bilet normalny kosztuje 12 zł, a ulgowy 10zł.






W ostatni dzień naszego pobytu wybraliśmy się także na wystawę z klocków lego. Dla fascynatów i dla dzieci, to niesamowite miejsce. Całą wystawa warta jest ok 200.000 zł, a najdroższe klocki o ile dobrze pamiętam kosztowały 4.000 euro i pochodziły z limitowanej kolekcji star wars. Całość składały 3 osoby przez 3 miesiące. Biorąc pod uwagę to, ile skomplikowanych i dużych budowli tam było, to muszę przyznać, ze jestem pod wrażeniem. Mnie by to pewnie zajęło 3 lata. Niektóre elementy wystawy są interaktywne - można samodzielnie wprawiać je w ruch. Tym sposobem uruchomimy kolejkę, karuzelę, wiatrak, mogliśmy zmienić się w operatora dźwigu, kierowcę ciężarówki i innych pojazdów. Zobaczyć tam można również 30 największych budowli w historii lego, a jeśli o historii mowa, to dzięki jednej z gablot przeniesiemy się w czasie, by przypomnieć sobie pierwsze klocki tej marki. Dodatkową atrakcją dla dzieci jest to, że mogą one tworzyć własne budowle, dzięki dostępnym na miejscu klockom. Również dla fanów gier znajdzie się coś ciekawego w postaci play station, oraz tabletów z zainstalowanymi legusiowymi grami. Cena normalnego biletu wynosi 12 zł, a ulgowego 8 zł. Warto skorzystać z biletów rodzinnych ( my za bilet 2+1 łaciliśmy28zł), oraz karnetów, w przypadku chęci powtórnego odwiedzenia wystawy podczas urlopu. Polecam.








Jeśli morze to i plaże, a te w Łebie są duże, czyste i strzeżone, z pięknym jasnym piaskiem. W ciągu pięciu dni pobytu, na plaży byliśmy 2 razy, na więcej pogoda nie pozwoliła.


A co z jedzeniem? No cóż, na brak lokali w Łebie nie ma co narzekać - jest ich całe mnóstwo i każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Jednak ceny.. no cóż to czysty biznes. Kiedy w jednej restauracji za dwa niewielkie posiłki i napoje zapłaciliśmy ponad 80zł, zrozumieliśmy, że musimy poszukać czegoś tańszego, bo lepiej te pieniądze wydać na własne przyjemności niż jedzenie. Tym sposobem znaleźliśmy Ambrozje. Lokal znajduje się przy ul Wojska Polskiego 21 i serwuje przepyszne domowe, dwudaniowe obiady. Za zupę i danie główne płaciliśmy 15zł na osobę, sama zupa kosztowała 3zł. Jednym daniem mogłyby się śmiało najeść dwie osoby - takie duże są porcje. Przykładem jest schabowy, który zajmuje cały talerz, do tego kopa ziemniaków i surówki. Dla niejadków też się coś znajdzie - pyszne naleśniki za 6zł, albo placki ziemniaczane 4zł. Kiedy poznałam to miejsce wcale mnie nie dziwiło, że są tam (w porze obiadowej) wieczne kolejki. Bardzo miła i szybka obsługa, pyszne jedzenie, niskie ceny - zdecydowanie warto.


W tym roku na wydmy nie dotarliśmy, zabrakło czasu. Podobnie było z  portem jachtowym, power parkiem, labiryntem 3D, muzeum erotyki, iluzjonelum, magicznymi lustrami, oraz fokarium, które znajduje się zaledwie kilka kilometrów za Łebą.

Łeba pozytywnie nas zaskoczyła. Po wcześniejszych obawach nie zostało ani śladu. Ciężko zobaczyć wszystko w ciągu pięciu dni, ale obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy.

ZOBACZ TAKŻE:
*Mielno
*Wrocław
*Warszawa
Odwiedź moje socjal media : instagram, facebook

Czytaj dalej »

18 lipca 2017

Hydrolat oczarowy jest zły...

Pamiętam te czasy, kiedy potrafiłam obejść się bez toniku czy też hydrolatu. Zresztą hydrolat był mi wtedy zupełnie obcy. Jednakże pierwszym moim kosmetykiem pielęgnacyjnym wiele lat temu był właśnie tonik – ogórkowy, o obłędnym świeżym zapachu z popularnej firmy katalogowej. Pamiętam, że wtedy byłam nim zachwycona. Później zaczęły się kremy, sera itp. I zapomniałam o tonikach, to był błąd, bo kiedy po latach sobie o nich przypomniałam, do dzisiaj nie wyobrażam sobie bez nich życia. Jakiś czas temu w moje ręce wpadł hydrolat oczarowy, który zaczęłam stosować w zastępstwie toniku. Już po pierwszym użyciu uznałam, że jest to złooo. Jednak czy dobrze zrobiłam?

Hydrolat Laboratorium Cosmeceuticum zamknięty jest w szklanym opakowaniu, przez co jest on dosyć ciężki. Jest on w formie spreyu prze co można go stosować bezpośrednio na twarz, można też spryskać wcześniej wacik i przecierać nim facjatę. Możliwości są takie, jakie uznamy za bardziej wygodne. Dla mnie druga opcja była odpowiedniejsza. Bo choć mgiełka rozpylana prze dozownik była delikatna, to jednak wg mnie namoczony wacik  był bardziej praktyczny.



Hydrolat ma bardzo specyficzny zapach, nie pachnie on perfumami i właściwie trudno go określić, ja potrzebowałam czasu, aby się do niego przyzwyczaić. Jego zadaniem było oczyszczenie i zamknięcie porów, co w czasie letnim, przy mieszanej cerze uznałam za priorytet. Nikt bowiem nie lubi się błyszczeć, a skoro wyciąg z oczaru wirginijskiego miał to zniwelować, to dlaczego by nie spróbować?



Po pierwszym użyciu czułam się rozczarowana. Moja twarz na moment od nałożenia stała się czerwona. Policzki były zaognione i nie wyglądało to ładnie. A takich cudów się nie spodziewałam.. Hydrolat zaczełam stosować normalnie, jak każdy inny kosmetyk i dopiero po zagłębieniu się w opis producenta zrozumiałam, że jestem posiadaczką cery wrażliwej. Jest to bowiem skoncentrowany specyfik, który na niektóre cery, w tym moja dobrze działa dopiero po jego rozcieńczeniu. Kiedy wiec zmieszałam go z wodą w proporcji 2-1, gdzie 2 stanowi hydrolat a 1 woda, to wszystko wróciło do normy. Cera nie była zaogniona a ukojona, Po miesiącu stosowania pory nieco zmniejszyły swój rozmiar, a czas bez puderniczki nieznacznie się wydłużył. Nie były to spektakularne efekty, ale jednak były.

Reansumując - hydrolat oczarowy jest zły kiedy nakładasz go w nieodpowiednich proporcjach na twarz. Kiedy już znajdziesz złoty środek może on być lekiem na cele zło, ale cudów po pierwszym użyciu się nie spodziewaj. Czas i wytrwałość to cnoty, z którymi musisz się bliżej zapoznać.

cena 19zł
Czytaj dalej »

16 czerwca 2017

Czerwcowe spotkanie blogerek - przebieg, oraz upominki od sponsorów

Nieco ponad miesiąc miesiąc temu otrzymałam zaproszenie na spotkanie blogerek. Z Igą, która poinformowała mnie o tym wydarzeniu poznałam się podczas Targów look & beauty vission w Poznaniu. Szalona, spontaniczna, wyluzowana i uśmiechnięta - tak ją zapamiętałam i mimo, że termin, w którym wszystko miało się odbyć był dla mnie bardzo napięty, pomyślałam, że dam radę wszystko jakoś pogodzić. Wizja spotkania się z Igą, Paulą i kilkoma innymi dziewczynami, była bardzo kusząca. Uwielbiam zawierać nowe znajomości i wyobrażałam sobie, że koleżanki Igi muszą być równie fascynujące jak ona sama.


Spotkanie odbyło się 3 czerwca w Restauracji La Dolce Vita w Gnieźnie. O godzinie 12.00, kiedy dziewczyny witały się i zacieśniały ze sobą więzi, ja byłam jeszcze na Olimpiadzie Sportowej mojej córki. Z popłochem zerkałam na zegarek, bo nie sądziłam, że ta dziecięca impreza tak się przedłuży w czasie. Klasa Oliwki zajęła czwarte miejsce! Byłam bardzo dumna z mojej kruszynki i po rozdaniu nagród biegiem udaliśmy się do samochodu, gdzie na wszelki wypadek zabrałam ze sobą rzeczy na przebranie. Zrzuciłam koszulkę i spodenki sportowe, które raczej nie pasowałyby ani do restauracji, ani do tak pięknych kobiet, które miałam okazję poznać przybywając na miejsce.


Dzięki mojemu niezawodnemu kierowcy, bardzo szybko znaleźliśmy miejsce mojej descynacji. Moja rodzina pojechała do Mc Donalda świętować szczęśliwe zakończenie zawodów, a ja oślim pędem pobiegłam do restauracji. Na salę wpadłam jak burza, nieco zmieszana i zawstydzona ze swojego spóźnienia, przywitałam się i usiadłam na miejsce. Dopiero po chwili uderzyłam się w głowę, zdając sobie sprawę, że w ogóle się nie przedstawiłam. O rzesz.. Takie gafy tylko ja potrafię popełniać.





Mimo, że parę lat temu byłam częstym gościem pierwszej stolicy Polski, to jednak tej restauracji nie znałam. La Dolce Vita okazała się bardzo klimatycznym miejscem. Duże, przestronne pomieszczenia, drewno i czerwona cegła - to cechy jakie zapamiętałam z mojego krótkiego pobytu. Piękne dodatki nadawały temu miejscu urokowi, a półcień sprawiał, że wyobrażałam sobie tam romantyczną kolację w blasku świec. Mimo, że zdjęcia w takim świetle nie wychodzą najpiękniejsze, to z pewnością miejsce ma w sobie to coś, co sprawia, ze chce się tam wracać.




Trafiłam na obiad, który zasponsorował nam gość specjalny spotkania - Paweł z BioMed-Pharma. Na stole królowały różnorakie zupy, oraz pizze i makarony. Ja wybrałam dla siebie rosół i czarny makaron z krewetkami. Muszę przyznać, że kucharza mają tam wspaniałego.


Czas upłynął nam na rozmowach na różne tematy, zarówno te związane z blogowaniem, jak i te luźniejsze poruszające kwestie rodzinne, śmieszne anegdotki i historię, które chyba każda z nas miała możliwość przytoczyć. Pouczające była wymiana doświadczeń blogerskich, kwestia techniczna prowadzenia własnej strony, jak również zasady zawierania współprac. Jako, że w jednym miejscu spotkały się blogerki zarówno z działu beauty, lifestyle i fashion, to perypetie każda z nas miała różne, a rozmowa z nimi nieco przybliżyła mi jak wygląda praca dziewczyn od kuchni.





W trakcie spotkania odbył się również konkurs z udziałem marki Bell. Należało zrobić zdjęcie z marką, umieścić je w aplikacji instagram, by móc wziąć udział w losowaniu nagród. Dziękuję przesympatycznej Madzi, za pomoc w zrobieniu mi zdjęcia. Niestety rozbiłam ekran w telefonie, dotyk przestał działać i zrobienie selfie graniczyło z cudem, bo jedynie dół ekranu, a tym samym przycisk aparatu zwykłego był aktywny. Dzięki wielkie!


Z zaciekawieniem i pewną fascynacją przyglądałam się blogerkom modowym. Jejku jak one umieją pozować - mistrzynie. Fajnie było je tak podglądać przy pracy, ja zdecydowanie nie mam takiej cierpliwości do zdjęć.

Poznajcie wszystkie uczestniczki tego spotkania:
1.Iga - Toksyczna Kosmetyczka
2. Paula - Rudy Trampek
3. Magda - Zeberka Blog
4. Kasia - Kasia Koniakowska
5. Monika - Monaries
6. Kasia - Stylowa Misja
7. Kamila - Kamila Ocieczek
8. ósmą uczestniczką byłam ja

Nie mogę pominąć w tym zestawieniu słodkiej córeczki Kamili, bo choć nie jest jest JESZCZE blogerką, to jednak była z nami przez cały czas. Grzeczne i ułożone dziecko, które operuje aparatem lepiej niż ja. Rośnie mamie konkurencja.



Czas mijał zdecydowanie za szybko i trzeba było wracać do domu, zanim to jednak się stało dziewczyny przekazały nam piękne upominki od sponsorów spotkania. Zobaczcie jakie cuda się w nich znalazły.

Kosmetykomania



Akademia Paznokcia




Apis


Health and Beauty Sp. z o.o.


Chałwy  Gacjana



BioMed-Pharma

Body Boom






India Cosmetics


Lash&brown academy


Manufaktura Czekolady




Sól Bocheńska


Terravita i Atramento



Vichy - krem pod oczy i La Roche-Posay - krem do rąk


Biokurier i Krówki Polskie


Semilac

Dodatkowo Kolodruk podarowało torby do zapakowania upominków, a na portalach e-gniezno.pl , Moje Gniezno oraz Kobieta wie lepiej pojawiły się artykuły dotyczące tego wydarzenia. Warto zajrzeć i je przeczytać.


To był szalony dzień, bo ze spotkania jechałam szybciutko na imprezę rodzinną. Dziękuję dziewczynom za miłe towarzystwo i piękne upominki od sponsorów. Jest co wspominać!

Czytaj dalej »